Boże Narodzenie
Przez pierwsze trzy wieki swego istnienia Kościół nie obchodził tajemnicy Narodzenia Jezusa Chrystusa w osobnym święcie. Najważniejszym świętem – i tak jest zresztą do dzisiaj – była Pascha – Wielkanoc i jej cotygodniowe przedłużenie w Eucharystii niedzielnej.
Nie znaczy to jednak, aby tajemnica wcielenia Syna Bożego była dla pierwszych chrześcijan mało ważna.
Już święty Jan w swoich listach musi występować przeciwko herezji doketyzmu[1] w obronie prawdziwego bóstwa i prawdziwego człowieczeństwa zjednoczonych w osobie Jezusa.
Wprowadzenie tego święta związane było z nową sytuacją chrześcijaństwa, które po trzech wiekach prześladowań, stało się na mocy edyktu cesarza Konstantyna z 314 roku religią może nieoficjalną ale akceptowaną w Imperium Rzymskim.
Do tej pory przynależność do Kościoła związana była z ryzykiem utraty swego statusu społecznego, majątku, a nawet życia.
Wraz z ogłoszeniem edyktu wszystko uległo zmianie. Do Kościoła zaczęły napływać masy ludzi o mentalności typowo pogańskiej. Powstał więc nowy problem w jaki sposób katechizować tych ludzi.
Najstarszą wzmiankę o święcie Bożego Narodzenia obchodzonym w Rzymie w dniu 25 grudnia już na początku IV wieku, znajdujemy w kalendarzu greckiego artysty Filokalusa z 354 roku.
Wybór tego dnia nie był przypadkowy, bowiem cesarz Aureliusz w 275 roku nakazał wpisać do kalendarza państwowego nowe święto – Natale Solis Invicti – Narodziny Niezwyciężonego Słońca, na ten właśnie dzień zimowego przesilenia nocy, która ustępowała miejsce dniowi – światłu. Było to związane z mocno rozpowszechnionym w Imperium kultem osoby cesarza.
Tej przesadnej czci osoby ludzkiej Kościół przeciwstawił cześć Chrystusa – prawdziwego Słońca.
Już w piątym wieku przed Chr. prorok Malachiasz zapowiadał: A dla was, czczących moje imię, wzejdzie słońce sprawiedliwości i uzdrowienie w jego skrzydłach (Ml 3, 20), a też sam Jezus powiedział o sobie: Ja jestem światłością świata (J 8, 12). Jest to światłość prawdziwa, która przyszła na świat, aby wyprowadzić każdego człowieka z ciemności grzechu (por. J 1, 9), i tu właśnie znajdujemy odpowiedź dlaczego Bóg stał się człowiekiem i dlaczego swiętujemy to wydarzenie.
Chwała Bogu na wysokościach,
a na ziemi pokój ludziom Jego upodobania.
Ten fragment z hymnu Gloria, początkowo śpiewany w Kościele tylko w Uroczystość Bożego Narodzenie, a z biegiem czasu w każdej niedzielnej eucharystii jest liturgicznym dziękczynieniem za dzieło wcielenia.
Jak należy prawidłowo rozumieć chwałę Boga, wyjaśnia nam święty Ireneusz ( II w. po Chr.), mówiąc: Chwałą Boga jest żyjący człowiek. Żyjący to znaczy ten, który narodził się z Boga, został przez Niego odkupiony.
Uroczystość Bożego Narodzenia, to święta Bożej dobroci, Bożej miłości, która jest fundamentalną przyczyną wcielenia.
Miłość można okazywać na rożne sposoby, które jednak w naszym ludzkim rozumieniu sprowadzają się do obdarowywania ukochanej osoby podarunkami. Tak kocha człowieka i Bóg, obdarowując go w dziele stworzenia: Każesz rosnąć trawie dla bydła i roślinom, by człowiekowi służyły, aby z roli dobywał chleb i wino, co rozwesela serce ludzkie, by rozpogadzać twarze oliwą, by serce ludzkie chleb krzepił (Ps 104, 14n.).
Jednak Bóg kocha człowieka jeszcze inaczej, o wiele trudniej przez cierpienie, które w tajemnicy narodzenia jest już zapowiedziane przez okoliczności w jakich się narodził.
Oczywiście i człowiek potrafi cierpieć z miłości, ale w zupełnie innym wymiarze – za tego który jest mu bliski i też tylko do pewnych granic.
Z Bogiem jest inaczej, okazuje nam swoją miłość właśnie przez to, że Chrystus umarł za nas, gdyśmy byli jeszcze grzesznikami (Rz 5, 8).Przecież sami mówimy w Wyznaniu Wiary, że zstąpił z nieba dla naszego zbawienia, co szeroko wyjaśnia święty Grzegorz z Nyssy ( IV w. po Chr): Nasza chora natura wymagała uzdrowienia; upadła – potrzebowała podniesienia, martwa – wskrzeszenia. Utraciliśmy posiadanie dobra, trzeba było je nam przywrócić. Byliśmy zamknięci w ciemnościach, trzeba było przynieść nam światło. Będąc w niewoli, oczekiwaliśmy Zbawiciela; jako więźniowie potrzebowaliśmy pomocy, jako niewolnicy wyzwoliciela. Czy te powody były bez znaczenia? Czy nie zasługiwały one na wzruszenie Boga, na to, by zniżył się aż do poziomu naszej ludzkiej natury i nawiedził ją, skoro ludzkość znajdowała się w tak opłakanym i nieszczęśliwym stanie?.
Bardzo dobrze rozumiał to święty Franciszek, któremu zawdzięczamy zwyczaj ubierania szopki: Chcę bowiem – rzekł do brata Jana – dokonać pamiątki Dziecięcia, które narodziło się w Betlejem. Chcę naocznie pokazać Jego braki w niemowlęcych potrzebach, jak został położony w żłobie i jak złożony na sianie w towarzystwie wołu i osła.
Dlatego naszą świąteczną radość powinno przenikać pragnienie nawrócenia, gdyż Boże Narodzenie to nie tylko wspomnienie wydarzeń z przed dwóch tysięcy lat ale i teraźniejsze wydarzenie, które dokonuje się w wierze.
Jest to czas, który przypomina nam, że wiara to nie pobożne wzdychanie, czy płytki sentymentalizm, rozczulanie się nad maleńkością i pokorą Syna Bożego, a naśladowanie mocą Ducha Świętego, Boga, który swoją chwałę ukazał w wyrzeczeniu się jej ze względu na nas: który chociaż był w postaci Bożej, nie upierał się zachłannie przy tym, aby być równym Bogu lecz wyparł się samego siebie, przyjął postać sługi i stał się podobny ludziom (por. Flp 2, 6n.).
Naśladować tę tajemnicę, to po prostu jak mówił święty Franciszek: ...nie tyle starć się , by być kochanym, co kochać, nie tyle doznawać pociechy, co pocieszać, nie tyle być zrozumianym, co rozumieć...”, bo przecież Jesteśmy dziełem Boga, stworzeni w Chrystusie Jezusie dla dobrych czynów, które Bóg z góry przygotował, abyśmy je pełnili (Ef 2, 10).

